MAGDA
strona główna aktualności galeria goście podziękowania historia
Pozdrowienia z Chin
magda w szpitaluMagda i Michał Mrówczyńscy za naszym pośrednictwem przesyłają pozdrowienia wszystkim, zwłaszcza tym osobom, które pomagają sfinansować leczenie pani Magdy w Chinach. W tym tygodniu pani Magda rozpocznie kolejny etap leczenia w Pekinie. Pan Michał utrzymuje z naszą redakcją kontakt elektroniczny. Otrzymaliśmy list, w którym pisze, że Chińczycy na przywitanie mówią do niego Nichauu. ,,Madzia czuje się dobrze, codziennie dostaje cztery kroplówki wzmacniające oraz kolejne porcje niedobrych w sensie smakowym ziółek” – napisał m.in. pan Michał. Dalej dodaje w liście, że fajnie jest być w innym egzotycznym dla nas świecie i zobaczyć, jak żyją inni ludzie. ,,Ale gdybym mógł, to na 1000 % wolałbym być razem z moją wspaniałą, zdrową żoną i synkiem razem z Wami w Polsce” – przyznaje gnieźnianin. - Za każdym razem będę pisał to samo - dziękujemy Wam za wszystko! – nie ukrywa wdzięczności mąż chorej na raka pani Magdy. Państwo Mrówczyńscy wyjechali nie mając pełnego pokrycia kosztów leczenia pobytu w Chinach, dlatego nadal apelujemy o wpłaty na specjalne konto w banku PKO BP SA O/Gniezno , dopiskiem ,,Pomoc dla Magdy”.
GRAŻYNA KOCZOROWSKA
(źródło - PRZEMIANY ZIEMI GNIEŹNIEŃSKIEJ 16 czerwca 2009) PRZEMIANY ZIEMI GNIEŹNIEŃSKIEJ
Magda już w Chinach
W piątek, 5 czerwca pani Magda Mrówczyńska z mężem Michałem i tłumaczką - wolontariuszką udała się do Pekinu, skąd otrzymała zaproszenie na leczenie zaawansowanej choroby nowotworowej.
Początkowo pani Magda miała się udać do Azji tylko z wolontariuszką, jednak po konsultacji z chińskimi specjalistami pojechał także jej mąż. Lekarze sugerowali, że lepiej, gdyby w trudnych chwilach, które czekają chorą gnieźniankę, mąż podtrzymywał ją na duchu. Pod nieobecność żony, pan Michał miał się opiekować trzyletnim synkiem Nikosiem. W tej sytuacji chłopczyk pozostał w Gnieźnie pod opieką obu babć.
W ubiegłym tygodniu na naszych łamach apelowaliśmy o pomoc finansową dla pani Magdy. Wstępnie przelot w obie strony, leczenie i miesięczny pobyt w Chinach oszacowano na 150.000 złotych. Tymczasem państwo Mrówczyńscy są niezamożni. Na szczęście mają wielu przyjaciół, którzy zorganizowali zbiórkę pieniędzy. Nie udało się jeszcze zebrać potrzebnej kwoty, ale pani Magda już pojechała, ponieważ nie może czekać. Złośliwe komórki zaatakowały kości, wątrobę i mózg. Lekarze zrobili wszystko, co w ich mocy. Możliwości dalszego leczenia pani Magdy w Polsce wygasły. Natomiast chińscy specjaliści po analizie dokumentacji medycznej dają duże szanse wyleczenia gnieźnianki nowatorską metodą – zamrażaniem komórek rakowych (krioterapią) i poprzez leczenie genetyczne.
Potrzebne są wciąż pieniądze. Wpłat można dokonywać na konto bank PKO BP SA O/Gniezno , dopiskiem ,,Pomoc dla Magdy”.
Jej mąż zapewnił, że jeśli się okaże, iż zbiórka przekroczy potrzeby leczenia pani Magdy, pozostała kwota zostanie przekazana którejś fundacji, na leczenie innych gnieźnian, ponieważ będą to pieniądze przez nich ofiarowane. Pan Michał zapewne skonsultuje się w tej sprawie z internautami, niech oni zdecydują, jak wykorzystać ewentualną nadwyżkę pieniędzy.
GRAŻYNA KOCZOROWSKA
(źródło - PRZEMIANY ZIEMI GNIEŹNIEŃSKIEJ 09 czerwca 2009) PRZEMIANY ZIEMI GNIEŹNIEŃSKIEJ
Potrzebuje pomocy
rodzinka Madzia ma niewiele czasu. Od trzech lata walczy z chorobą nowotworową. Gdy była w ciąży, stwierdzono u niej raka piersi.
Pomimo wskazania do usunięcia ciąży małżonkowie Magda i Michał Mrówczyńscy z Gniezna postanowili, że Madzia urodzi dziecko – owoc ich miłości. - Opatrzność Boża czuwała nad nami – są przekonani rodzice Nikodema, który urodził się zdrowy i do dziś jest okazem zdrowia. Pod względem fizycznym trzyletni Nikuś przerósł rówieśników. To dla niego, kochającego męża i najbliższej rodziny Madzia walczy z chorobą, która poczyniła w jej organizmie ogromne spustoszenie – pojawiły się przerzuty do wątroby, kości i mózgu.
Powstała jednak dla niej kolejna szansa – nowatorskie leczenie w Chinach. Tamtejsi lekarze czekają na gnieźniankę, ale są potrzebne pieniadze na zabieg, przelot samolotem i pobyt dwóch osób w Chinach (pani Madzia musi pojechać z wolontariuszką znającą biegle język angielski – taki jest wymóg Chińczyków).
- Bardzo proszę zamieścić na pierwszej stronie apel o pomoc finansową dla Magdy – pani Irena Owczarzak przyszła do naszej redakcji ze łzami w oczach i gorąco przekonywała, że warto i trzeba pomóc tej kochającej się, ale niezamożnej rodzinie, w której pojawiła się śmiertelna choroba. – Madzia jest taka dzielna i wciąż uśmiechnięta, pomimo nieszczęścia jakie ją spotkało. Wszyscy ją kochamy i musimy jej pomóc w natychmiastowym wyjeździe do Chin – nalegała matka koleżanki Magdy.
Zaledwie tydzień wcześniej okazało się, że stan zdrowia Magdy uległ znacznemu pogorszeniu. Pani Irena i rzesza innych osób, które znają Magdę i Michała Mrówczyńskich, zaczęły natychmiast działać – drukować i rozwieszać ulotki z apelem o pomoc, zbierać pieniądze, szukać kontaktów z instytutami w Chinach, załatwiać angielskie tłumaczenia historii choroby…
Bułeczki z lubczykiem
Był rok 2001. Pani Magda pracowała jako ekspedientka w sklepie przy ul. Grzybowo. Naprzeciw mieszkał Michał Mrówczyński. W tym właśnie sklepiku robił zakupy. Przystojny (ponad 190 cm wzrostu) młody mężczyzna wpadł w oko sprzedawczyni. On także z zainteresowaniem obserwował wciąż uśmiechniętą, tryskającą humorem dziewczynę za ladą. –
Sprzedawałam mu bułki z lubczykiem, bo we mnie już rozwijała się miłość do niego – żartuje pani Magda. – Zbliżał się ślub przyjaciółki. Otrzymałyśmy z koleżanką zaproszenie na wesele, ale nie miałyśmy partnerów. To wtedy zaprosiłam Misia, żeby mi towarzyszył. Zabrał swojego kolegę, na partnera dla koleżanki – wspomina pierwsze bliższe zetknięcie się z przyszłym mężem. – W rewanżu zaprosiłem Madzię na Sylwestra do Zakopanego. Tak się zaczęła nasza bliższa znajomość – dodaje pan Michał. Po okresie narzeczeństwa młodzi ludzie pobrali się i zamieszkali przy ul. Grzybowo.
To było szóstego grudnia 2005 roku. Przypuszczałam, że jestem w ciąży. Chciałam zrobić Misiowi prezent, dlatego poszłam do lekarza, który potwierdził że jestem w drugim miesiącu. Przy okazji wykonał rutynowe badanie piersi i stwierdził guza. Wiedziałam, że mam coś w piersi, ale myślałam, że to nieszkodliwy włókniak. Okazało się, że to rak. W styczniu zostałam zoperowana w Poznaniu – pani Magda opowiada o początkach swojej choroby. - Miesiąc później dostałam pierwszą chemię i wskazanie lekarskie do usunięcia ciąży. Istniała obawa, że urodzę chore, niesprawne dziecko – mówi pani Magda tuląc do siebie synka. – Ja chora i jeszcze chore dziecko, obawialiśmy się tego, dlatego zdecydowaliśmy się usunąć ciążę.
Państwo Mrówczyńscy nie ukrywają, że była to bardzo dramatyczna decyzja, dlatego gdy lekarka, do której pojechali, zrobiła pani Magdzie trójwymiarowe usg, a następnie opowiedziała o przypadkach na Zachodzie, gdy kobiety w podobnym stanie urodziły zdrowe dzieci, natychmiast oboje zrezygnowali z aborcji. – Podpisaliśmy pismo zobowiązujące się do przyjęcia dziecka niezależnie od tego, w jakim stanie się urodzi – pani Magda ogromnie się cieszy, że trafiła na panią doktor, która napełniła ją i jej męża nadzieją.
Jak bochenek chleba
Decyzja o donoszeniu ciąży wiązała się jednak ze zmianą kuracji. Pani Magda brała słabsze leki chemiczne. Gdy była w siódmym miesiącu ciąży lekarze uznali, że może urodzić dziecko. Chodziło o to, żeby jak najszybciej rozpocząć radioterapię. I tak, przez cesarskie cięcie przyszedł na świat zdrowy Nikodem. – Miał dziesięć punktów (maksimum) w skali Apgar. Ważył kilo dziewięćdziesiąt. Gdy wziąłem go na ręce, wyglądał jak bochenek chleba, taki był mały – pan Michał z rozrzewnieniem wspomina tamtą chwilę.
Przez pół roku było cudownie, ale nagle poczułam silny ból w mostku, aż trudno było mówić, okazało się, że to przerzut nowotworu na mostek – relacjonuje pani Magda. – Chemioterapia wówczas pomogła. Dość szybko się wyleczyłam, ale mimo że otrzymywałam oprócz chemii najnowocześniejsze leki przeciwko przerzutom na kości, dość szybko pojawiły się przerzuty w wątrobie i kościach miednicy. A gdy dostałam przerzut do głowy, załamałam się - przyznaje pani Magda. – Zaczęło się od silnych bólów brzucha, a następnie głowy.
Dziewiętnastego maja pan Magda trafiła znów do szpitala przy ul.28 Czerwca. – Dostałam inną chemię, ponieważ komórki rakowe mutują się i szybko uodporniają na leki. Zaczęto mi też naświetlać głowę, żeby zahamować rozwój nowotworu – opowiada pani Magda, która 28 czerwca wróciła do domu. –
Następną wizytę w Poznaniu ma za trzy tygodnie. Chcemy, żeby w tym czasie Madzia poddała się terapii w Chinach. To będzie równoległe leczenie. Nie chcemy z niczego rezygnować. Chodzi o to, żeby moja żona była zdrowa – mówi z naciskiem pan Michał. – Nawet jeśli to leczenie przedłuży życie Madzi tylko o miesiąc, to i tak warto – twierdzi z przekonaniem. – Dopóki jest szansa, będę walczyć. Jestem dobrej myśli i pełna nadziei – śmieje się przez łzy pani Magda.
Wyścig z czasem
Opatrzność nad nami czuwa – nie ma wątpliwości pan Michał. – Gdy się okazało, że są następne przerzuty i już nie wiedzieliśmy, co jeszcze można zrobić, usłyszałem w telewizji, że w Chinach wyleczono Polkę, której już nikt nie dawał szansy. Pojechała w stanie prawie agonalnym, a wróciła samodzielnie - mówi pan Michał.
Nowa szansa spowodowała bodziec do dalszego działania. Zaczął się wyścig z czasem – szukanie adresów (w Chinach są dwa instytuty, które zajmują się niekonwencjonalnym leczeniem nowotworu przez zamrażanie komórek rakowych i leczenie genetyczne); wykonywanie niezbędnych badań (usg, tomografia), tłumaczenie na język angielski, skanowanie, kserowanie i wysyłka dokumentacji , a jednocześnie szukanie anglisty wolontariusza, które będzie towarzyszył pani Magdzie i… zbieranie pieniędzy.
Koszt wyjazdu i leczenia oraz pobytu w Chinach oszacowano na 100.000-150.000 złotych. Pan Michał nieomal nie odrywa się od telefonu. Wziął wolne z pracy, żeby jak najszybciej załatwić żonie wyjazd na leczenie w Azji.
Połowę kwoty ogromnym wysiłkiem wielu ludzi już zebrano (Wydział Spraw Obywatelskich Starostwa Powiatowego w trybie pilnym wydał zgodę na publiczną zbiórkę pieniędzy); wolontariuszka też się znalazła. Pani Magda mogłaby w tym tygodniu wyjechać, ale okazało się, że ma paszport na panieńskie nazwisko. I znów znaleźli się urzędnicy (ludzie dobrej woli) w Poznaniu, którzy obiecali załatwić nowy dokument w ciągu kilku dni.
Pani Magda, dla której liczy się każdy dzień, nie traci optymizmu i wiary w wyzdrowienie. – Pan bóg nie dał mi zdrowia, ale jestem szczęśliwa, ponieważ dał mi kochającego męża, cudowne dziecko, kochającą rodzinę i ogromnie wielu przyjaciół –młoda kobieta nie kryje wzruszenia. – Zawdzięczasz to swojej osobowości – tłumaczy pan Michał. – Zjednujesz sobie ludzi uśmiechem, pogodą ducha i wielką życzliwością – wylicza mąż pani Magdy. – To prawda, że zawsze się uśmiecham, nawet jeśli coś idzie nie tak, dlatego pani doktor, gdy jadę do kontroli, nie pyta mnie, jak się czuję, lecz męża. ,,Ty zawsze mówisz, że dobrze” , twierdzi pani doktor – pani Magda obdarza mnie swoim kolejnym szerokim uśmiechem.
GRAŻYNA KOCZOROWSKA
(źródło - PRZEMIANY ZIEMI GNIEŹNIEŃSKIEJ 02 czerwca 2009) PRZEMIANY ZIEMI GNIEŹNIEŃSKIEJ